Krótka Historia Chińczyka…

Historia „Chińczyka” jest nierozerwalnie związana i wpisana w historię Warszawy od ponad 40 lat. Wszystko zaczęło się w 1973 roku. Po „ascetycznych” gomułkowskich czasach minimalistycznej konsumpcji „nowe” następowało powoli. Dało się je już wyczuć w ciut bogatszym menu restauracji, odrobinie „luksusowych towarów” w sklepach. Nowe szło jednak… nieśmiało.
Kasia skończyła „gastronomika”. Pichcenie, komponowanie smaków, wyobrażanie sobie tego jak to smakuje zawsze jej się podobało. Wiedziała, że „talent ma na czubku języka”. A poza tym to nader praktyczne, bo przecież ludzie zawsze będą jeść. Chciała by jedli dobrze. Pracę dostała bez problemu. Problemem było spotkanie z koleżanką z dawnych lat. Też po „gastronomiku”, więc dziewczyńska rozmowa zeszła na sprawy zawodowe i zarobki… – Nie żartuj tyle co Ty przez miesiąc to ja mam w ciągu trzech dni – koleżanka była zafrasowana nie mniej niż Kasia. No tak, ale ona prowadziła „Czytelnika”, knajpkę w wydawnictwie na Wiejskiej, która z czasem stała się kultowa za sprawą gości, którzy ją odwiedzali : Gustaw Holoubek, Tadeusz Konwicki, Edward Stachura, Arnold Mostowicz, Zbigniew Herbert, Jarosław Marek Rymkiewicz, małżeństwo Morgensternów, Andrzej Szczepkowski, Ryszard Marek Groński, Andrzej Łapicki, Janusz Głowacki, Michał Komar, w owym czasie początku lat 70-tych jeszcze nikt o tym nie myślał. Kasia też nie myślała, że kiedykolwiek będzie miała swoją kultową restaurację.

„Z ziemi chińskiej do Polski…”

Tymczasem już kilka tygodni później musiała podjąć życiową decyzję. Nowe szło coraz szybszymi krokami. W „Czytelniku” i kilku innych śródmiejskich knajpkach w porze obiadowe spotykali się artyści, urzędnicy, dyrektorzy. Jedli i rozmawiali. Tłok był coraz większy, a do pracy trzeba było wracać szybciutko w określonym przez kadrowego z instytucji czasie. W takiej niezobowiązującej rozmowie nad talerzem w przerwie obiadowej okazało się, że Towarzystwo Przyjaźni Polsko Chińskiej ma wolny lokal, a dyrektorzy i pracownicy wędrują by coś zjeść przez pół Śródmieścia z Senatorskiej na Wiejską. Dla Kasi to było jak marzenie – własny lokal własna kuchnia. Na początku było proste domowe jedzenie. Jakieś parówki, kotlety, kluski i… pustki. W czytaniu „Przeminęło z wiatrem” klienci nie przeszkadzali, ale książka się skończyła a ich dalej nie było. Tylko czasem ktoś wpadł jakby trochę przez przypadek. I tak też trafił do baru prezes Towarzystwa. Trafił, zjadł i zawyrokował, że skoro lokal jest ich to i jedzenie powinno być „bardziej tematyczne”. W owym czasie w Warszawie była tylko jedna chińska restauracja – Szanghaj. W niej nie tylko chińskie dania ale też produkty z których samemu można było przyrządzić sobie potrawę. Tylko jak? Tu z pomocą przyszła pani Irena Sławińska – dziennikarka „Kontynentów”, których Redakcja mieściła się w tym samym budynku na Senatorskiej. Czasem wpadała do baru coś zjeść. Z pochodzenia była Chinką, która na stałe osiedliła się w Polsce. Z Kasią spędziły w kuchni kilka wieczorów. Otwierały puszki z bulwami kapusty syczuańskiej przywiezione prosto z Szanghaju, obierały marchewkę, kroiły mięso w paseczki, moczyły grzyby mun. Tworzyły różne kompozycje. Bardziej chodziło o sposób gotowania, dobór składników i przypraw, kompozycję. Wkrótce pusty bar wypełnił się ludźmi, a Pani Irena uznała, że… „uczeń przerósł mistrza”.

Przyjaźń polsko-chińska na talerzu.

W owych latach siedemdziesiątych wystarczyło, że był ryż, pędy bambusa, egzotyczne przyprawy i nikt nie dyskutował chińskie czy nie. A Kasia łączyła swoje smaki i doświadczenia z tymi poznanymi dzięki Pani Irenie. Tak powstała wyjątkowa, jedyna i ponadczasowa polsko-chińska przyjaźń ma talerzu czyli bar Chińczyk. I chiński był nie tylko z nazwy. Pieczołowicie gromadziła chińskie drobiazgi, nadające wnętrzu orientalnego charakteru. Podczas remontu lokalu pojechała do Zielonej Góry. Tam znalazła kotary i chińskie zaprzęgi, które zawisły nad wejściem i stały się symbolem ówczesnego „Chińczyka”. W końcu nie tylko wszystkie stoliki były wypełnione ale kolejka ustawiała się już przed budynkiem. Solidarnie stali w niej studenci ci z Uniwersytetu i Akademii Sztuk Pięknych i profesorowie, urzędnicy, partyjni dygnitarze, opozycjoniści, artyści, dziennikarze i pisarze. Kompletnie nie miało znaczenia kto jest kim. I wszyscy w którymś momencie grzecznie nabyli karty Towarzystwa Przyjaźni Polsko Chińskiej, bo sukces Chińczyka postanowił zdyskontować także gospodarz budynku. Wszyscy luzowali krawaty i bez skrępowania rozmawiali z siostrami, bo Kasia sama nie dawała rady, zaprosiła, więc je do wspólnego biznesu. Zostawały po godzinach i rozmawiali z gośćmi. Niektórzy przychodzili codziennie inni wpadali raz na jakiś czas. Poznawały ich historie, życie codzienne troski, radziły, pocieszały, żartowały. A o 4 rano zaczynały. Obieranie kurczaków, warzyw, gotowanie ryżu. Jeszcze wcześniej Kasia jeździła po zaopatrzenie. Limity przyznawała Rada Dzielnicy, ale punkty zaopatrzenia rozsiane były w całej Warszawie. Otwierały o 13. A już przed południem przed drzwiami zbierała się kolejka. Ani chwili wytchnienia, ani jednego wolnego stolika. Jedzenie kończyło się mniej więcej koło 17.00. Otwarte miały do 20. Zostawało wino i rozmowy. Radziły wszystkim by przychodzili wcześniej. Chciały gotowac więcej, ale nie mogły… Obowiązywały przydziały żywności. A później prawo pustych półek.

Kombinowana

Na początku komponowały potrawy tak by było zdrowo i smacznie. Np. wieprzowinę, której używały na początku zastąpiły kurczakami. A później… W sklepach puste półki, w Szanghaju bieda bo o dostawach z Chin nie było mowy. Okazało się, że… kalarepka znakomicie „udaje” pędy bambusa, pieczarki nie są gorsze od grzybów mun. Salceson udatnie zastępował mięso. Znakomicie sprawdzały się pory…. Tyle, że ich też nie było. O świcie robiły rundkę po warszawskich warzywniakach. Kompletowały tu dwa pory tam trzy kalarepki. Kolejka stała nadal. W rozmowach nad bardziej lub mniej pustymi talerzami nie raz słyszały, że są… czarownicami a raczej czarodziejkami, bo huey smakuje tak samo jak przed kryzysem. Przyprawy na szczęście były te same, a poza tym przezornie zrobiły zapasy. Wiele restauracji nie poradziło sobie z kryzysem i ponurą atmosferą początku lat 80-tych. W Chińczyku nie tylko się jadło ale też się działo. Przed Wigilią jeden ze stałych klientów przychodził z opłatkiem i było wspólne śpiewanie kolęd. W kolejnych latach za jego przykładem szli inni. Familiarne grono Chińczyka rosło.

Słodko-gorzki

Najpierw była radość. Na każdym stoliku gazeta. Rozmowy o przyszłości i nadziejach. Później kolejka nieco się „rozładowała”. Przychodzili ale o różnych porach. Porównywali z „Chińczykami”, bo tak nazywano wyrastające jak grzyby po deszczu wietnamskie budki. Nowa rzeczywistość przyniosła nowe smaki. Ale stare przyzwyczajenia zostały. Gwarno, pełno, jakoś szybciej, bardziej w biegu, trochę nerwowo, więcej papierów, dokumentów, formalności. A może tylko tak się zdawało? Nikt nie odczytał w tym gwarze zapowiedzi nadchodzącej burzy. Gruchnęła wypowiedzeniem „Chińczykowi” lokalu… Nikt nie mógł w to uwierzyć. Po 24 latach… jak protestować, jak uratować Chińczyka? Podpisywali się w grubym zeszycie, pisali petycje. Setki nazwisk. Bez skutku. Nie pomogły osobiste rozmowy z decydentami (o ironio także gośćmi Chińczyka). Na nic zdały się artykuły w prasie. Decyzja była nie do ruszenia. Meble trafiły na bruk, naczynia do piwnicy, a siostry zaczęły poszukiwania nowego lokum, dopingowane przez swoich gości.

Przeprowadzka

To był trudny czas. Szok bezrobocia po tylu latach pracy, poczucie bezsilności i bezradności. Wiedziały przecież, że swój kapitalizm zbudowały już za komuny. Odniosły sukces, czy teraz miały stać się niepotrzebne. To inna kategoria niż zastąpienie bambusa kalarepka czy wyczarowanie przydziału na kurczaki. Ale czy na pewno? Znów się zawzięły. Poszukiwania trwały osiem miesięcy. Walka a nie poszukiwania. Horrendalne ceny, absurdalne lokalizacje.
Ten lokal też wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Robaki, odpadające tynki, brud, zapach farb, bo kiedyś mieścił się tu skład farbiarski. W remont zainwestowały wszystkie oszczędności. Bały się. Czy klienci wrócą, czy ich znajdą w nowym miejscu?
I znowu stała kolejka tym razem na Okopowej. Od Żytniej aż do samej Górczewskiej i dalej skręcała jeszcze. Przyszli wszyscy, ci, którzy o Chińczyka walczyli, ci którzy się z nim przyjaźnili i… nowi. Pracowały w sześć osób a i tak nie dawały rady. Nowe czasy nowe mody. Organizowały catering na bankiety i przyjęcia dla Ambasady Chińskiej czy Klubu Rotary, wprowadziły jedzenie na wynos. Pomysł nie nowy, bo na Senatorską goście przychodzili z termosami i bańkami by zabrać porcję czy dwie do domu. Każdy dzień był zdumiewający. Kiedyś otworzyły się drzwi i weszli ludzie z walizkami – prosto z lotniska. Wyjechali kiedyś z Polski, przylecieli z wizytą i postanowili zacząć właśnie od ukochanego chińczykowego smaku. Takich spotkań po latach było bez liku. Bez liku nowych twarzy. Nowe mody sprawiły, że policzyły kaloryczność swoich potraw. Tego, że są zdrowe z naturalnych składników były pewne od zawsze. Wkrótce przekonały się, że piszą o nich w przewodnikach po Polsce: hiszpańskich, angielskich, niemieckich. Organizowały bale, sylwestry, spotkania. Kiedy przychodzili goście tuż przed zamknięciem albo i po nie odmawiały, zawsze znalazły łączoną… Lata mijały.

Łańcuszek pokoleń

Najpierw chciały zamknąć Chińczyka. Protesty były nie mniejsze niż wtedy kiedy je wyrzucili z Senatorskiej. I było żal, bo Chińczyk w ciągu z górą czterdziestu lat stał się warszawską historią i historią Warszawy. „Casting” na nowego właściciela był morderczy. Nie tylko musiał umieć gotować, ale mieć to coś co tworzy rodzinna atmosferę Chińczyka i jego legendę. Od razu czuły, że Hania jest z „tej samej gliny” i mogą przekazać jej rodzinną tajemnice receptur hueya i „chińczyka”, by otworzyć nowy rozdział. Hani w kuchni pomaga jej córka – Paulina. Już dawno po zamknięciu uchylają się drzwi. –Tak zapraszamy, łączona, co słychać, jak smakuje, tak ładny dzień. Jest takie miejsce w Warszawie jedyne w swoim rodzaju gdzie Chińczyk jest w połowie Polskiem. Okopowa 23. Jest i będzie, by o każdej porze uchylone drzwi kusiły ciepłem i egzotycznym, swojskim zapachem.